Moja historia

Witaj …

Zanim podpowiem Ci jak możesz zacząć zarabiać dzięki współpracy ze mną to chciałbym nieco bliżej przedstawić Ci moją osobę oraz opowiedzieć Ci krótką historię mojej internetowej przygody.

W latach 2002-2010 rozwijaliśmy wspólnie ze szwagrem własną firmę logistyczną.
Zapewne, jak jeździsz trochę po Polsce to często widzisz ogromne hale magazynowe i przy nich „stada” tirów.

Ot, z racji wcześniejszych doświadczeń – taki biznes nam się zamarzył.
Bez grosza przy duszy, ale z mnóstwem wiary, pozytywnej energii i chęci zawojowania świata, postanowiliśmy stworzyć firmę logistyczną, która będzie się liczyła na rynku.

Ot, można rzec – ułańska fantazja 😉

Zaraziliśmy naszą ideą jednego z rzutkich przedsiębiorców, który miał prężną firmę specjalizującą się z transporcie międzynarodowym i po kilku rozmowach  – zdecydował się na rozszerzenie swoich działań również o transport krajowy oraz, co było naszym głównym celem, o usługi magazynowe oraz tzw. co-packing.

Tak powstała nasza firma, która – kapitałowo – stała się „córką” już istniejącego, prężnego podmiotu.
Początek naszej firmy to małe biuro i 4 osoby z wizją 😉

Nie będę tu oczywiście szeroko się rozpisywał o początkach naszego działania, ale wierz mi – nie było łatwo.
To specyficzny biznes i „wgryźć się” w ten rynek, na którym rządzą głównie zachodnie korporacje, z wielkim zapleczem finansowym, ogromnym kapitałem – jest bardzo trudno.

Ale – do odważnych świat należy 😉

Tym niemniej, zaczęliśmy pomału zdobywać jakieś nieduże kontrakty, coś zaczęło się dziać.
Jednak nie na tyle dynamicznie, jak myśleliśmy.
To spowodowało, że po 2 latach – wycofał się nasz Partner – firma „matka” i …

Mieliśmy duży zgryz.
Wszystko dosłownie zawisło na włosku.

Nie dość , że straciliśmy bieżące wsparcie finansowe, formę zabezpieczenia pewnych naszych działań, to jeszcze dostaliśmy jasny przekaz:

– albo kończymy działalność, zamykamy biznes i firma „matka” wrzuca to wszystko  w straty
– albo decydujemy się „jechać na tym wózku” samodzielnie ale wtedy musimy również co miesiąc, spłacać zaciągnięte w firmie „matce” zobowiązania. A nie było tego mało. Ok. 400 tysięcy złotych!

Jak myślisz, jaka była decyzja?

Tak.
Poszliśmy za marzeniem.
Podjęliśmy ryzyko.
Wierzyliśmy, że damy radę.

Walczyliśmy do „upadłego”.
Dosłownie.

Przez 6 kolejnych lat, zrobiliśmy naprawdę wielkie rzeczy, jak na nasze możliwości.
Wyrywaliśmy kontrakty, które normalnie przypadały wielkim tuzom na rynku.
W roku 2007-2008 zatrudnialiśmy ok. 120-130 osób w obsłudze magazynu oraz na „produkcji”, a więc co-packingu.
To był świetny czas.
Współpraca między innymi z Lindt&Sprungli, LG Electronics, Zibi, Frito Lays, Colgate&Palmolive…
Wydawało się, że najgorsze już za nami.
Że te kilka lat ciężkiej pracy, zdobywania rynku, budowania relacji, teraz wreszcie zacznie przynosić stałe profity i pozwoli trochę zwolnić i spać spokojnie, bez obaw o przyszłość.

Życie jednak jest nieprzewidywalne.

Kiedy myślisz, że będzie z górki – zdarzają się rzeczy, które nie mają prawa się zdarzyć.
Końcówka roku 2008 – niestabilna sytuacja na rynku, zapaść na rynku transportowym , drastyczny spadek importu powoduje, że firmy znacznie mniej sprzedają i nie potrzebują w związku z tym utrzymywać takich zapasów magazynowych.

To zaczyna się „czkawką odbijać” na naszej, już wydawałoby się, stabilnej sytuacji finansowej.
Firmy mocno szukają oszczędności i wycofują się z kontraktów magazynowych oraz obsługi na zewnątrz.
Tną koszty, gdzie tylko się da.
Również, jeśli chodzi o zewnętrzną obsługę przez takie firmy jak nasza.

Usilne poszukiwania w tym czasie nowych kontrahentów, przy niesprzyjającej sytuacji na rynku spełzają na niczym. Nikt nie chce robić gwałtownych ruchów, wszyscy „biorą na przeczekanie”.

A my nie możemy czekać!
Co miesiąc, za wynajmowane powierzchnie magazynowe, które jeszcze „wczoraj” wypełnione były towarami naszych klientów, „dzisiaj” świecą pustkami, a my ponosimy stałe miesięczne koszty ich wynajmu.

Ponad 100 tysięcy złotych!!!

Z miesiąca na miesiąc, nasza sytuacja stawała się coraz trudniejsza.
W końcu musieliśmy powiedzieć dość, nie damy rady.
Upadła firma, ale nie upadło marzenie.
Marzenie o tym, że chcę coś zrobić na większą skalę, coś co pozwoli mi lepiej żyć i nie martwić się o pieniądze.

Nastał rok 2010…

I ja – człowiek z 8 letnim doświadczeniem w pozyskiwaniu klientów biznesowych, nawiązywaniu i budowaniu relacji, analizowaniu i przedstawianiu ofert współpracy, koordynowaniu pracy co-packingu – nie mogłem znaleźć pracy.

Nikt nie chciał wykorzystać mojej wiedzy, umiejętności, doświadczenia, bo… nie mam wyższego wykształcenia oraz płynnie posługuję się jedynie językiem ojczystym.

Życie…

Jakiś czas dało się funkcjonować z oszczędności.
Ale to nie mogło trwać w nieskończoność.

Jak nie byłem w stanie znaleźć pracy – mimo składania dziesiątek ofert – zgodnej z moim kilkuletnim doświadczeniem i pracą na stanowisku kierownika, czy też dyrektora handlowego, szukałem już czegokolwiek – kierowca, sprzedawca – aby tylko mieć co miesiąc jakiś pieniądz.

Ale tu – patrzyli na mnie i na moje CV jak na wariata – dyrektor handlowy, członek zarządu i chce być kierowcą?

Na co mi ktoś taki, pewnie zaraz będzie się wymądrzał
To chyba był ich tok rozumowania, czego efektem było to, że cały czas byłem bez pracy i pieniędzy!

A nad głową, nie tylko codzienne życie, ale i kredyt zaciągnięty na dom.
To był ciężki czas.
Frustracja, strach, czarne myśli, brak wyjścia…

I wtedy, jak tak buszowałem po internecie w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy, coraz częściej docierały do mnie a to jakieś wiadomości na skrzynkę, a to jakieś banery, a to jakieś artykuły na temat możliwości, jakie daje internet.

Że tu jest praca.
Że tu ludzie zarabiają.
Że pracują w domu, mając komputer i dostęp do Internetu.

Zacząłem bliżej poznawać temat.
Przyglądać się z zaciekawieniem i zgłębiać o co w tym wszystkim chodzi.
Zacząłem poznawać ludzi.

Coraz więcej ludzi, którzy jak się okazywało potrafili się z tego utrzymać i całkiem fajnie żyli.
Bez wstawania na gwizdek, bez uciążliwych i czasochłonnych dojazdów do pracy, pracując o prostu w domu.

Też tak chciałem.

Coraz bardziej ten pomysł mi się podobał.
I wiesz co?
Dzisiaj nawet nie chcę sobie wyobrażać, że mógłbym inaczej 😉

Oczywiście, to nie stało się od razu.
Na początku nic na ten temat nie wiedziałem, przerażał mnie ogrom informacji – całkiem dla mnie nowych, nieznanych.  Ale wiedziałem już, że to jest droga którą chcę iść.

Że to jest przyszłość.

Uczyłem się, popełniałem błędy, czasem też bardzo kosztowne – jak miałem zarabiać w „cudownych” biznesach, które dziwnym trafem po zainwestowaniu tam pieniędzy, najczęściej znikały.

Wkurzałem się, ale starałem się wyciągać z tych błędów i porażek jak najwięcej.
To nie sukcesy, ale właśnie porażki uczą najwięcej.

Pamiętaj.
Dlatego nie bój się upaść.
Nie bój się porażek.
To dzięki nim masz szansę dojść tam gdzie chcesz.

Dzisiaj…

Dzisiaj utrzymuję się z internetu.
To internet spłaca mój niemały kredyt za dom.
To internet pozwala mi fajnie i ciekawie żyć.

To dzięki mojej pracy w domu, mam więcej czasu dla siebie, dla rodziny, na swoje hobby, czy zachcianki.

To nie znaczy, że jestem „obrzydliwie” bogaty 😉
To nie znaczy wcale, że mam górę pieniędzy i stać mnie na wszystko.

Absolutnie nie.

Żyję normalnie bez stresu, bez pogoni, bez szefa nad głową.
Pracuję wtedy kiedy chcę i jak długo chcę.
Robię to, co daje mi radość i satysfakcję.

Pieniądze są tylko dodatkiem.
Ważnym, oczywiście.
Ale nie są celem samym w sobie.

…………………..

I wiesz co?
Możesz żyć tak jak ja.

Ba, jak dasz z siebie więcej, albo będziesz pilniejszym uczniem niż ja – to możesz osiągnąć znacznie więcej.
Twoje życie naprawdę może się zmienić.
>>> Zobacz jak możemy rozpocząć współpracę.